go1

Go-go Wrocław. Erotyka coraz śmielej wychodzi na ulice

 

Wrocławskie kluby go-go są coraz bardziej widoczne. Zaczęło się od Cocomo, który na przyjazd kibiców na Euro 2012 otwarto na wrocławskim Rynku. Z nim pojawiły się spacerujące z różowymi parasolkami panie zapraszające panów do środka. Dziś pań coraz więcej, jest też pierwsza w mieście witryna z dziewczynami – będzie jak w Amsterdamie?
Od trzech miesięcy przy skrzyżowaniu ulic Odrzańskiej i Malarskiej funkcjonuje klub o wdzięcznej nazwie Lucy’s Pussy, który pokazuje swoje tancerki na wystawie. Po południu i wieczorem ulicami Starego Miasta przechadzają się dziewczyny, które wręczają ulotki klubu Le Secret (ul. św. Mikołaja) i Lucy’s Pussy i zapraszają na drinka do lokalu. Klub Sogo pozostaje dyskretny, ale również działa w ścisłym centrum miasta, na ul. Szewskiej.Do niedawna przeciętny mieszkaniec Wrocławia tylko domyślał się, że takie lokale istnieją. Teraz trudno przejść przez centrum i nie zostać zaczepionym przez dziewczyny rozdające ulotki.
Dzielnica czerwonej latarni
Do otwarcia klubu go-go nie potrzeba żadnego zezwolenia. Działalność rejestruje się tak jak inne kluby nocne – jako zwykłą gastronomię. Klub Lucy’s Pussy został otwarty w połowie kwietnia i od razu zaczął energicznie walczyć o klientów. Odważnie wykorzystał witrynę od ul. Odrzańskiej, na której od godz. 20 można oglądać tancerki klubu. Dziewczyny mają na twarzach maski, są ubrane jedynie w bieliznę.

- Ludzie powoli się już przyzwyczajają do tego widoku, ale na początku przystawali i czekali, aż dziewczyny się poruszą, bo nie mogli uwierzyć, że są żywe – opowiada współwłaścicielka klubu Beata Garga. – Nasze pracownice rozdają też ulotki. To najlepsza forma reklamy. W tej branży nie pomagają żadne ogłoszenia czy spoty radiowe. Próbujemy też przyciągnąć klientów, organizując wieczory tematyczne – hawajskie albo w stylu pin-up – tłumaczy.

Lucy’s Pussy jest małym klubem. Pracuje w nim osiem tancerek (wszystkie młode, ładne i zgrabne), barman, ochroniarz i selekcjonerka, która ocenia, czy dana osoba może wejść do środka. – Może wejść w zasadzie każdy. Również kobiety. Nie wymagamy garniturów, bo stawiamy na atmosferę luzu – można przyjść nawet w krótkich spodenkach. Ochroniarz pilnuje porządku, ale nie zdarzyło się jeszcze, żeby trzeba było kogoś wyprosić. Panowie są mocni w gębie i odważni przed wejściem, ale gdy już są w środku, robią się nieśmiali – mówi Beata Garga.

Dlaczego wybrali lokalizację na Starym Mieście? – Poza centrum się to po prostu nie opłaca – wyjaśnia krótko współwłaścicielka.

Co tak sam stoisz, biedaczku?

Lucy’s Pussy to jednak jedyne miejsce, do którego właściciele zdecydowali się wpuścić dziennikarzy (jak powiedzieli, nie mają nic do ukrycia). Cocomo i Sogo jako oddziały ogólnopolskich sieci klubów go-go z zasady nie pojawiają się w mediach. Le Secret stawia na dyskrecję i woli pozostać w cieniu, aby zapewnić klientom anonimowość. Reklamuje się jako ekskluzywny klub – eleganckie logo z pięcioma złotymi gwiazdkami sugeruje wysoką jakość. Jednak żeby wejść do środka, wystarczy zapłacić 30 zł i wcale nie trzeba przypominać wyglądem biznesmena.

W środku lokal wygląda jak zwykła dyskoteka. Jest półmrok, gra głośna muzyka. Ale w centralnej części zamiast parkietu, na którym zazwyczaj tańczą ludzie, stoją dwie rury.

Na ustawionych wkoło kanapach siedzą panowie. Ci, dla których zabrakło miejsca, stoją przy barze. Wszyscy są wpatrzeni w tancerki, które mają na sobie jedynie bieliznę. Dziewczyny są najróżniejsze – wysokie, niskie, brunetki, blondynki, szczupłe, grube, z obfitym biustem, z małymi piersiami, wysportowane i z cellulitem. Nie ma też zasady, jeśli chodzi o strój – można zobaczyć koronkowe eleganckie staniki i żółte neonowe stringi.

Niektóre panie prezentują w tańcu dyskretny erotyzm i po prostu zgrabnie poruszają się w rytm muzyki, inne potrafią wykonywać na rurze zdumiewające akrobacje.

Tancerki (wciąż w bieliźnie) przechadzają się po lokalu, podchodzą do klientów: – A ty co tak sam stoisz, biedaczku? – pytają i namawiają na drinka (cena od 12 zł) lub prywatny taniec w intymnym małym pokoiku (od 100 zł).

- Kiedy się tu wybierałem, byłem nastawiony negatywnie. Zastanawiałem się, po co płacić za towarzystwo dziewczyn, skoro w zwykłych klubach mogę to mieć za darmo – mówi Kamil, który w sobotę wybrał się po raz pierwszy do klubu go-go. – Teraz rozumiem. My, mężczyźni, lubimy patrzeć, a tutaj możemy to robić bez skrępowania. To bardzo przyjemne – przyznał.

Zasady

Kasia była tancerką we wrocławskiej Pruderii (klubie, który do niedawna znajdował się na ul. Ofiar Oświęcimskich) i w warszawskim klubie go-go Sofia. Występowała też w klubach w Anglii, a nawet w Tokio. – We Wrocławiu pracowałam trzy lata. Na początku było ciężko. Pamiętam swój pierwszy taniec – to był tzw. priv, czyli sam na sam z klientem. Rozebrałam się szybko i uciekłam. Potem byłam już odważniejsza, ale za to atmosfera w pracy była nie do zniesienia. Szef wyrażał się o nas „dziwki”. Niektóre dziewczyny obmacywał, jakby były jego własnością – opowiada Kasia.

Była tancerka twierdzi, że zasady, o których zapewniają właściciele klubów (np. „Można tylko patrzeć”), to mity. – Zakaz dotykania to bzdura. To zależy od dziewczyny – mówi.

Kasia wyjechała do Warszawy. – Tam jest zupełnie inaczej. Szefowie się nie wtrącają do pracy tancerek. Jest więcej klientów, zostawiają w lokalu więcej pieniędzy. Wrocławskie kluby w porównaniu ze stolicą są tandetne. Ale Warszawę też zostawiłam. Przeprowadziłam się do Lublina, poszłam do zwykłej pracy i wreszcie żyję normalnie.

Jacy są mężczyźni bawiący się w klubach go-go według pracujących tam dziewczyn? – Przychodzą wszyscy: buraki, biznesmeni, chamy, prostaki, mili, kulturalni. W każdym wieku – od 21 do 70 lat – wspomina klientów Kasia.

Znak czasu

Antropolożka kultury i architektka Anna Rumińska uważa, że nie należy moralizować pojawiania się klubów go-go w przestrzeni publicznej, bo to po prostu znak czasu.

- Obyczaje ulegają zmianom i ujawnieniu, to koszt demokracji i wolnego rynku – tak jest z nagością, ona istnieje na chodnikach, na architekturze, w witrynach. Jeśli kogoś to gorszy, może interweniować – koncesja na sprzedaż alkoholu oznacza nagość w witrynie, co nie służy kobietom, ale ożywia przestrzeń publiczną. Krytyka klubów go-go w niby-salonie miasta to pochwała fasadowości. Kiedyś Rynek uważano za strefę prestiżową zamkniętą dla miejsc nieobyczajnych, jak klub go-go, ale one zawsze istniały, tyle że w ukryciu. Realnie Rynek (z przyległościami) nie jest strefą prestiżową, lecz ludyczną – to hiperpub pełen wulgaryzmów i hałasu, a to nie są domeny salonów – mówi Rumińska.

Źródło: Wyborcza.pl

Napisz odpowiedź